"Nie jestem już tą samą osobą co dawniej, od kiedy widziałam księżyc po drugiej stronie świata."

czwartek, 11 sierpnia 2016

NYC story - czyli MY w Nowym Jorku - część 1 ❤

Z czym Wam kojarzy się Nowy Jork? Ja zawsze miałam przed oczami Statuę Wolności, żółte taksówki i Times Square. Teraz mam wiele innych, równie fajnych obrazów przed oczami na myśl o Nowym Jorku, a pomyśleć, że mieliśmy go ominąć! Tak, był taki pomysł, ale stwierdziłam - być w Stanach i nie zobaczyć najsłynniejszego miasta świata? Nie ma mowy! :)

Jaki jest Nowy Jork i czy na pewno jest taki jak śpiewa o nim Alicia Keys w piosence "Empire State of Mind" dowiecie się w dalszej części posta :)

"New York 
Concrete jungle where dreams are made, oh
There's nothing you can’t do

Now you’re in New York

These streets will make you feel brand new

Big lights will inspire you

Let's hear it for New York"








Szukanie biletów okazało się samą przyjemnością! Od razu znalazłam lot z Chicago do NYC a następny lot z NYC do Dallas. Za takie combo dla dwóch osób zapłaciliśmy 200 $ (ok. 800 zł). I nie uwierzycie - bagaż nadawany był w cenie! Takie smaczki cenowe tylko z liniami Southwest (www.southwest.com)! Lataliśmy z nimi po USA, bagaż zawsze w cenie, zero opóźnień. Jeśli wybieracie się do Stanów, naprawdę warto rzucić okiem na ofertę Southwestu. 

Z Chicago mieliśmy samolot o 13:20 do NYC. Lot miał trwać 2 h i 5 min. Niestety okazało się, że nie mamy miejsc koło siebie. Nie lubię tak, ale na nasze szczęście bardzo mili Państwo się z nami zamienili i choć nie udało nam się zająć miejsca przy oknie, to i tak było super, że możemy siedzie koło siebie! :) Na kolejne loty odprawialiśmy się z większym wyprzedzeniem i już zawsze mieliśmy miejscówki razem i przy oknie :) Kiedy dolatywaliśmy do NYC słońce zaczęło już zachodzić (nie zapominajmy, że mamy listopad!). Schodząc do lądowania próbowałam jednak wyglądać przez ramię innej pasażerki, żeby zobaczyć coś, co zatrzymało akcję mojego serca na chwilę. Nowy Jork wyglądał jak las! Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Powiem Wam - po prostu czad! Udało mi się strzelić jedno foto telefonem:




Lądowaliśmy na lotnisku New York-LaGuardia. Najlepsze lotnisko na które mogliśmy trafić - w centrum, blisko Manhattanu. Odebraliśmy bagaże i zaczęliśmy się rozglądać za taksówką. Taką najprawdziwszą, nowojorską, żółtą taksówką. Są pewne rzeczy na świecie, o których zrobieniu marzę przez całe swoje życie, banalne, niewysublimowane. Jedną z nich zawsze była przejażdżka żółtą taksówką po Nowym Jorku. Marzenie się spełniło! Znaleźliśmy taksówkę, co w sumie nie było takie łatwe i ruszyliśmy w samo centrum NYC, czyli na Times Squre, gdzie mieścił się nasz hotel. 

Skoro o hotelu mowa. Wybraliśmy hotel Broadway at Times Square. Jeśli wybieracie się do Nowego Jorku, koniecznie dużo wcześniej zarezerwujcie hotel. Niby ofert w sieci znajdziecie dużo, ale mi znalezienie tego miejsca pochłonęło 2 tygodnie. Codziennie przeglądałam oferty na airbnb.pl, booking.com. Początkowo chcieliśmy znaleźć coś taniego. Wynajęcie pokoju przez airbnb.pl 40 min komunikacją od Manhattanu kosztowało ok. 500 zł za dwie noce. Jak na Nowy Jork to zacna cena, ale 40 min drogi od Manhattanu!!! Ciocia Mikołaja uzmysłowiła mi, że to zdecydowanie strata czasu, że lepiej wybrać coś droższego, ale być w centrum, blisko wszystkich największych atrakcji i nie tracić czasu na dojazd. Skorzystałam z tej rady i jak się później okazało, była to bardzo dobra decyzja. Przeglądając oferty czytałam także komentarze gości. Bardzo często trafiałam na komentarze, że dany hotel jest stary, że są w nim karaluchy, szczury i nieprzyjemny zapach. Nie chciałam płacić 1000 zł za 2 noce w miejscu do którego będę się bała wrócić po całym dniu zwiedzania. Nie chodziło o luksus, a jedynie o komfort pobytu i czystą pościel. I tym o to sposobem o długim poszukiwaniu trafiłam na hotel Broadway at Times Square. Cena lekko odstraszała - dwie noce za 1400 zł! Ale! Lokalizacja to samo serce NYC!!! Aż nie mogłam uwierzyć, że można mieszkać praktycznie na samym Times Square. Nie zastanawialiśmy się długo, hotel miał dobre referencje od gości, jedynie narzekano na słabe śniadania - dla nas natomiast liczyło się by zjeść cokolwiek rano, później mogliśmy jeść na mieście.


Zdecydowanie polecam, dzięki tej lokalizacji można zwiedzać Manhattan pieszo!


Dotarliśmy do hotelu, szybki check-in i zaprowadzono nas do pokoju. Hotel jest stary, widać na nim ślad czasu, ale jest czysty. Zwykle nie czepiam się jakieś pękniętej płytki w łazience, czy lekko zszarzałej uszczelki pod prysznicem i teraz też nie będę. Jestem zadowolona jeśli widać, że pokój został posprzątany przed naszym przyjazdem, widzę czystą pościel i czyste ręczniki. I tym razem tak było. Zobaczcie zdjęcia:





Dla mnie pokój spełniał wszystkie moje wymagania :) Zrzuciliśmy bagaże i przyszła pora zobaczyć najsłynniejszy plac świata - Times Square. 

Dojście zajęło nam 2 min - to co zobaczyłam było niesamowite. Znowu poczułam się jak na planie filmu! Inny świat! :) Ale wszystko po kolei - co to w ogóle jest ten słynny Times Square? Jest to plac nManhattanie w Nowym Jorku znajdujący się na skrzyżowaniu Broadwayu i alei Siódmej, rozciągający się od ulicy 42 do ulicy 47. Jest to jedna z ikon Nowego Jorku. Słynie z wielkiej liczby reklam świetlnych. Telebimów z reklamami jest tak dużo, że na ulicy jest aż ciepło. Chodziliśmy bez kurtek mimo, że był środek listopada! Niesamowite, że mimo później pory na Times Square był tłum ludzi. Na pewno większość z nich to turyści, ale na pierwszy rzut oka widać, że dużą część stanowią Nowojorczycy. Czad!







Żeby jeszcze lepiej oddać Wam klimat tego miejsca mam dla Was filmik:

video

Przyznacie, że Times Square robi wrażenie. Ten wieczór zwieńczyliśmy spacerem po Broadwayu i kolacją w jednej z moich ulubionych restauracji TGI Friday's. Często wpadamy do niej w Warszawie, Bardzo chciałam sprawdzić czy smaki, które już znam są takie same na drugim końcu świata. Wszystko smakowało niemal identycznie, jedyna różnica, którą znalazłam to większe porcje są zdecydowanie za oceanem, ale ceny też są większe. Za kolację dla dwóch osób w Warszawie płacimy 140 zł. W NYC to za to samo wyszło 89 $, czyli ok. 340 zł!!! 


Sporo wrażeń jak na jeden dzień. Koło 2 w nocy wróciliśmy do hotelu i padliśmy jak muchy :)

Następnego dnia rano udaliśmy się na śniadanie do hotelowej stołówki. Wybór nie był za duży, ponieważ jak to mamy w zwyczaju na śniadanie zeszliśmy tuż przed końcem jego wydawania. Śniadanie raczej na słodko, do wybory dżemy, płatki z mlekiem, banany i jabłka, serki śmietankowe i tosty. Do picia soki, kawa i herbata. Jak dla mnie wystarczająco. Na stołówce podszedł do nas pewien pan z obsługi, który zagadał do nas po polsku. Okazało się, że pracuje w tym hotelu od wielu lat i strasznie mu było miło, że można z nami porozmawiać w swoim ojczystym języku. Porozmawialiśmy chwilę, poopowiadał nam o sobie i pytał co robimy w NYC. Przy okazji doradził nam jaką opcję wybrać na wycieczkę na Statuę Wolności. Wymieniliśmy jeszcze kilka uprzejmości i musieliśmy zmykać na miasto, czas uciekał, a Nowy Jork czekał na nas :) Łapcie zdjęcia z hotelowej stołówki:



Ruszyliśmy do metra, była to pierwsza okazja, żebym zobaczyła Times Square za dnia. Możecie sobie tylko wyobrazić, ale ludzi było tak samo dużo jak wczoraj wieczorem. Dzień jednak odsłonił to co nie rzucało się w oczy nocą, czyli roboty drogowe. Cały plac jest wręcz rozkopany, na każdej ulicy jest korek. Robotnicy wylewają nowy asfalt, a 5 min później przepuszczają po nim ludzi! Po prostu istne szaleństwo!








Czerwoną linią metra 1 pojechaliśmy do stacji South Ferry. Tam przy wyjściu ze stacji metra aż roi się od sprzedawców biletów na wycieczki na Statuę Wolności. Zaczepiło nas kliku, nie zdecydowaliśmy się od razu. Nie ukrywam, że baliśmy się, że ktoś na wykiwa. Po naszych doświadczeniach z taksówkarzem w Chicago byliśmy ostrożni (post o Chicago -> tu). Daliśmy sobie chwilę, żeby się zastanowić. Usiedliśmy w Starbucksie na kawę i vanilla bean frappuccino - niebo w gębie! Szybki przegląd prasy słynnego The New York Times. Ponieważ było świeżo po zamachach w Paryżu, wszystkie oczy amerykańskich mediów zwrócone były w stronę Europy.


Załapaliśmy jeszcze WiFi i sprawdziliśmy firmy organizujące wycieczki na Statuę Wolności. Przy okazji korzystając z Whatsapp'a zadzwoniłam do rodziców, sprawdzić co słychać w Polsce :) A słychać było tyle, że rodzice nie mogli się doczekać zdjęć Statuy Wolności. Ja w sumie też! Dlatego po przeszukaniu informacji o kursach statkami na wyspę ze Statuą Wolności zdecydowaliśmy się na wyprawę z firmą Hornblower Cruises & Events (www.hornblower.com). 

Wybór przewoźników jest duży. Opcji również jest sporo. Można wybrać się na rejs promem, który zatrzymuje się przed wyspą ze Statuą, tak żebyśmy mogli podziwiać ją w pełnej okazałości i porobić zdjęcia. Drugą opcją jest wycieczka promem, który zatrzymuje się na wyspie i możecie zejść na ląd i podziwiać (?) Statuę od dołu. Trzecia opcja to wejście na szczyt Statuy Wolności, a czwarta to lot helikopterem i możliwość podziwiania z lotu ptaka. Z dwóch pierwszych opcji możecie skorzystać bez wcześniejszej rezerwacji. Nie można natomiast bez rezerwacji wejść na szczyt Statuty. W necie znalazłam informację, że ten rodzaj wycieczki trzeba rezerwować z wyprzedzeniem nawet kilku miesięcznym!!! Nie wiem jak to jest w przypadku wycieczki helikopterem, odrzuciłam tą opcję zakładając, że nie starczy mi na to funduszy :)

Nie brałam pod uwagę wspinaczki na szczyt Statuy. Przed wyjazdem dużo czytałam na ten temat i uznałam, że szkoda czasu i pieniędzy. Dlaczego? A no dlatego, że chętnych nie brakuje, a żeby wejść na samą górę trzeba pokonać ponad 300 schodów, nie ma windy! Z informacji, które znalazłam wynika, że pierwsza część drogi jest do przeżycia, normalne schody. Po pokonaniu  192 schodów wychodzi się na taras widokowy umieszczony w cokole Statuy, na którym można przechadzać się dookoła i patrzeć na wszystkie strony. Stąd widać Manhattan, a także po drugiej stronie New Jersey. Druga część trasy to droga na koronę. Drugie tyle schodów do pokonania. Tym razem w górę prowadzą kręte, wąskie i metalowe schody. Idzie się dookoła kolumny, ciągle wspinając się pod górę. Osoby o większej posturze nie mają szans na swobodną wspinaczkę, muszą iść bokiem, ponieważ szerokość schodów to ok. 0,5 metra. Jest duszno, momentami ciemno. Wchodząc pod górę podobno marzy się by być już na górze i odebrać nagrodę w postaci pięknego widoku na Manhattan. Niestety na samej górze czeka nas rozczarowanie. Wnętrze korony jest bardzo małe, maks 3 osoby są w stanie stać tam jednocześnie. Jest niski sufit, który uniemożliwi wysokiej osobie się wyprostować, a przez okienko widać niestety niewiele, ponieważ owe okienko wychodzi na przeciwległą stronę niż wieżowce na Manhattanie. Po znalezieniu informacji, jak to wygląda odechciało mi się wspinaczek na szczyt Statuy Wolności ;) 

My wybraliśmy 1-godzinną wycieczkę bez schodzenia na ląd. Wydała nam się to najciekawsza opcja. Wspinanie na Statuę odrzuciłam już w Polsce, a i schodzenie na ląd i oglądanie jej od spodu też nie wydawało mi się fajne. Postawiliśmy na "non-stop 1 hour cruise" i jak się później okazało był to super wybór. Bilety w cenie 28$ + tax za osobę nabyliśmy u panów, którzy kręcili się w okolicy stacji South Ferry. Nie martwcie się, że ich nie zauważycie. Jeśli sami do Was nie podejdą to wszyscy ubrani są w charakterystyczne uniformy i od razu rzucają się w oczy. Nasi byli np. od stóp do głów ubrani na fioletowo. Nie da się ich nie zauważyć! Aby wsiąść na prom trzeba zrobić sobie 1 kilometrowy spacer do przystani.


Spaceruje się bardzo przyjemnie, tym bardziej, że można podziwiać słynny Most Brookliński i sam Brooklyn. Po drodze mija się też lądowisko helikopterów, które od razu kierują się w stronę Statuy Wolności.







Dotarliśmy do celu. Musieliśmy chwilę poczekać aż prom wróci z poprzednią grupą. Trochę to trwało, ale w końcu się udało i ruszyliśmy zobaczyć symbol Nowego Jorku. Prom był pełen, a szał jaki opanował ludzi jak ukazała się Statua Wolności był nie do opisania. Nie będę ukrywała, że mi też się udzielił :)







I oto jest! Prawdziwa, najprawdziwsza Statua Wolności!!!!!!! :)





W drodze powrotnej przepłynęliśmy pod Mostem Brooklińskim :) 






Po wycieczce pieszo poszliśmy szukać Wilka z Wall Street, czyli słynnej finansowej ulicy. Droga do pokonania to jakieś 650 metrów. Po raz kolejny, po Chicago nie mogłam wyjść z podziwu, że na ulicach może nie być słońca, ponieważ budynki są takie wysokie.

Bez problemu znaleźliśmy Wall Street. 






Z Wall Street złapaliśmy metro i pojechaliśmy na Chambers Street, a stamtąd obraliśmy kolejny cel. Chcieliśmy zobaczyć miejsca, w których kiedyś stały dwie wieże World Trade Center oraz wjechać na najwyższy budynek w obydwu Amerykach, czyli na One World Trade Center, ale o tym w następnym poście! :) 

Zapraszam już niedługo! :)