"Nie jestem już tą samą osobą co dawniej, od kiedy widziałam księżyc po drugiej stronie świata."

czwartek, 13 sierpnia 2015

Wspomnienie pierwszej podróży, czyli 7 dni i 3 kraje! cz. 3 - Budapeszt! :)

Część trzecia, a zarazem ostatnia wycieczki z sierpnia 2011, czyli Warszawa-Wiedeń-Bratysława-Budapeszt-Warszawa. Przystanek Budapeszt, miasto najdroższej gęsi w moim życiu! ;) Tak, dobrze przeczytaliście - gęsi. Czytajcie dalej, a wszystko stanie się jasne :) 

Do Budapesztu dostaliśmy się pociągiem z Bratysławy w jakieś 3 godziny. Nocleg po raz kolejny udało nam się zorganizować za darmo przez couchsuring.org! :) Nasi hości - Ildiko i Peter umówili się z nami, że odbiorą nas wieczorem z Placu Bohaterów w centrum Budapesztu. Mieliśmy zatem kilka godzin do umówionego spotkania. Upał był nie do zniesienia, a ponieważ był to kolejny dzień naszej podróży, byliśmy już trochę zmęczeni. Sił starczyło tylko na obiad i relax na zielonej trawce.
I tu zabawna historia! :)

Walutą Węgier jest  forint. W 2011 roku, kiedy odwiedziliśmy węgierską stolicę kurs forinta wyglądał mniej więcej tak: 1 PLN = 65 forintów. Naprawdę nie wiem jak my zrobiliśmy - ale wyszło nam, że forint jest dużo, dużo tańszy niż był w rzeczywistości. I stąd byliśmy przekonani, że wszystko wszędzie jest bardzo tanie! Tym bardziej mi głupio, bo byłam w Budapeszcie rok wcześniej i wcale tanio nie było... No, ale zwalmy to na ogólne zmęczenie i potworny upał!



Spacerując w okolicach Placu Bohaterów trafiliśmy na restaurację Gundel. Przed restauracją wisiało menu, które jak już się pewnie domyślacie wydało nam się w bardzo przystępnej cenie. Nic bardziej mylnego, ale o tym za chwilę! :) Jak się potem okazało restauracja Gundel to jedna z najbardziej znanych restauracji na Węgrzech, pisze o niej nawet Wikipedia - https://pl.wikipedia.org/wiki/Gundel. Cóż dołączyliśmy do zacnego grona klientów Gundela. Dlaczego zacnego? Bo jedli tam np. Angelina Jolie i Brad Pitt, królowa Elżbieta II, Michael Schumacher, Roger Moore, Robert Redford, George W. Bush... :) 


Wybraliśmy miejsca w ogródku pod baldachimami. Obsługiwało nas 4 kelnerów, elegancko ubranych w garnitury mimo ponad 30 stopniowego upału! Ale nawet to nie dało nam nic do myślenia. Zamówiliśmy duszoną gęś z risotto w sosie paprykowym, a do tego białe wino. Danie było śliczne podane, mięso rozpływało się w ustach. Wtedy była to najbardziej wykwintna potrawa jaką jadłam w życiu. I choć do końca nie są to moje smaki, to było naprawdę niesamowite smakowe przeżycie. Gdy skończyliśmy jeść i pić, poprosiliśmy o rachunek. Wyciągnęłam kartę, zapłaciłam. 
I tadam! Następnego dnia sprawdziłam konto  i okazało się, że źle przeliczamy forinty na złotówki, a obiad kosztował nas prawie 400 zł!!! Najdroższy obiad mojego ówczesnego życia, który do dzisiaj rozgrzewa moje kubki smakowe! Ciągle się zastanawiam, czy to z powodu smaku dania, które jadłam, czy też może ceny... ;) Przygoda, ach przygoda! :) Swoją drogą, polecam restaurację Gundel! <3 


Tego samego dnia wieczorem spotkaliśmy się z Ildiko i Peterem, węgierskim małżeństwem. Jak się okazało, mają 5 dzieci, psa i mieszkają w piętrowym domu razem z dziadkami i jeszcze rodziną brata Petera. Dom był zupełnym przeciwieństwem mieszkania, w którym nocowaliśmy w Wiedniu. Umeblowanie "od Sasa do Lasa", totalny miszmasz :) Ale... miało to swój klimat. Dostaliśmy rozkładaną kanapę w salonie, ale zanim poszliśmy spać, dostaliśmy zaproszenie na rodzinną kolację. Na stół wjechała ogromna micha spaghetti i każdy podawał ją sobie z rąk do rąk, w międzyczasie nakładając. Nawet nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jakie zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Widoku tej rodziny, uśmiechającej się do siebie, śmiejącej i celebrującej ten wspólny posiłek nie zapomnę nigdy... Po kolacji usiedliśmy nad mapą razem z naszymi nowymi znajomymi i przyszedł czas na wódkę, którą przywieźliśmy w ramach podziękowania za gościnę. Dobra polska biała żubrówka. Znacie to, prawda? :) Piliśmy po węgiersku, czyli ciepłą wódkę i bez popity. Na samo wspomnienie czuje ten gorzki smak... Grr. Rozmawialiśmy długo i dowiedzieliśmy się, że byli kiedyś w Warszawie i bardzo lubią Polskę i Polaków, dlatego zgodzili się nas przenocować. Zmęczenie jednak wzięło nad nami górę i poszliśmy spać.

Następnego dnia wybraliśmy się na spacer po mieście. Upał był momentami nie do wytrzymania, dlatego ciągle mieliśmy ze sobą 1,5 litrową butelkę wody. Chłodziliśmy się też w fontannach :) 








Wybraliśmy się do Węgierskiego Muzeum Narodowego (www.hnm.hu). Niestety mieliśmy pecha. Był poniedziałek, a muzeum w poniedziałki jest zamknięte. Pozostało nam podziwiać gmach muzeum z zewnątrz... 
No cóż, kolejne uroki podróży, nie zawsze można zobaczyć wszystko.



   



Mimo straszliwego gorąca podjęliśmy się wyprawy na Górę Gellerta, która tylko z nazwy jest górą, a w rzeczywistości to 235 metrowe wzgórze. Nazwę zawdzięcza biskupowi Gellertowi, który według leged właśnie tutaj miał zostać zamordowany przez pogan (według legendy spuszczono go ze szczytu w drewnianej beczce). Samo miejsce bardzo długo budziło niepokój mieszkańców miasta, ponieważ uważano, że na szczycie zbierają się czarownice. Bajki, bajkami. Miejsce jest super i koniecznie trzeba je zobaczyć będąc w Budapeszcie! 



Najlepszym i najciekawszym sposobem na dostanie się pod wzgórze, jest spacer Mostem Wolności - najkrótszym mostem w Budapeszcie. Jest po prostu piękny! 



Aby dostać się na Górę Gellerta trzeba się trochę powspinać, ale to czeka na nas na górze jest tego warte! Widok na panoramę miasta zabiera dech w piersiach! Sami zobaczcie: 








Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy był budynek parlamentu. Z zewnątrz wygląda imponująco, dlatego gorąco polecam!






Poniżej ostatnie zdjęcie z tego dnia, ostatni rzut obiektywu na parlament i konny pomnik Ferenca Rakocziego... I właśnie wtedy padł nam aparat. 



W dniu wyjazdu do Warszawy starczyło nam jeszcze czasu żeby zobaczyć Zamek Vajdahunyad, który znajduje się w Parku Miejskim na tzwWyspie Szechenyiego. 










Bardzo duże wrażenie zrobił na mnie pomnik Anonymusa. Jak dla mnie piękny i przerażający jednocześnie... 


Jeszcze ostatni raz odwiedzamy Plac Bohaterów, na środku którego stoi Pomnik Tysiąclecia z kolumną archanioła Gabriela. 




W Budapeszcie nie zdążyliśmy odwiedzić zoo... Na pewno tam wrócę! :))