"Nie jestem już tą samą osobą co dawniej, od kiedy widziałam księżyc po drugiej stronie świata."

wtorek, 26 kwietnia 2016

Przystanek pierwszy - Chicago. Witaj Ameryko! ❤

Nasza podróż po USA zaczęła się w Chicago. Zakochałam się w tym mieście od pierwszego wejrzenia. Po kilku godzinach poczułam, że mogłabym tu zamieszkać. Bardzo dziwne, bo nigdy wcześniej nie doznałam takiego uczucia w innym mieście poza Warszawą! Chicago, I love You! ❤


Z poprzedniego posta wiecie już, że Chicago jest drugim na świecie miastem z największą ilością Polaków. Taaak, to nie ściema! Na wikipedia.pl znajdzie coś takiego: "Największe poza Polską skupisko Polaków i ludności pochodzenia polskiego (ponad 1,3 mln osób polskiego pochodzenia, w tym około 250 tys. mówiących na co dzień po polsku)." Te 1,3 mln ludzi plasuje Chicago na 2 miejscu zaraz za Warszawą. I najzabawniejsze jest to, że nie spotkaliśmy tam żadnego Polaka :) Zupełnie nie wiem jak to możliwe... :) 

Zacznę od tego, że dzień wcześniej robiłam odprawę online dla nas. Bez problemu wygenerowałam bilety na lot Berlin-Wiedeń. Nie udało mi się natomiast wygenerować biletu dla mnie na lot Wiedeń-Chicago. Byłam zdziwiona lekko mówiąc, a mówiąc poważnie to panikowałam jak diabli. Dlaczego nie udało mi się wygenerować dla mnie biletu? O co chodzi? Boże, a co jeśli mnie nie wpuszczą do samolotu?!!! Taaak, panikara ze mnie. Jedynie mój Mikołaj zachowywał spokój, a mi pozostało czekać w napięciu co będzie dalej...

Nareszcie przyszedł dzień wyjazdu! ❤

Nasza wyprawa miała rozpocząć się w Berlinie, do którego ja musiałam jeszcze dzień wcześniej dojechać pociągiem. Na dworzec Centralny w Warszawie odwiozła mnie mama, pomogła mi wnieść do pociągu walizkę. O włożenie jej na półkę poprosiłam jakiegoś pana, który nieźle musiał się wysilić, żeby ją podnieść. Wzięłam sobie do serca te obowiązujące 23 kg i wykorzystałam pojemność walizki w 100 % :)

Lot z Berlina do Wiednia mieliśmy o 7:35. Na lotnisku pani z obsługi linii lotniczych wydrukowała mi mój długo wyczekiwany bilet na lot do Chicago. Ten, którego nie udało mi się samej wygenerować. Potem wszystko przebiegło bardzo sprawnie, bez opóźnień i po 1,5 godzinie byliśmy na lotnisku w Wiedniu. Mieliśmy lekkiego stresa, bo od wylądowania do kolejnego odlotu była zaledwie 1 godzina i 10 minut. Na szczęście się udało. Jednak pierwsze nowe doświadczenie było dopiero przede mną. Przy okazywaniu kart podkładowych przy naszym gate'cie pracownik obsługi namazał mi coś na bilecie i kazał zgłosić się do osobistej kontroli. Mój stres sięgnął zenitu! Przez moją głowę oczywiście przebiegło stado myśli, jedną z nich było czy każą mi się rozbierać?! Nie było innej opcji, więc poszliśmy do tego punktu. Pracownik lotniska zabrał mi paszport, bilet i kazał iść za sobą. Była ze mną jeszcze jedna pasażerka. Nie wiedziałyśmy dokąd idziemy i co nas czeka. Nikt nam nic nie powiedział. Weszłyśmy do pomieszczenia, w którym były maszyny do prześwietlania rzeczy osobistych. Kazano mi ściągnąć kurtkę, bluzę, buty. Wrzucono je na taśmę. Inny pracownik z tym czasie pobierał mi wymaz z rąk i ubrań. Byłam w takim szoku, że w zasadzie zapomniałam jak się nazywam. Ubrania dokładnie oglądano, a wymazy sprawdzała jakaś maszyna. Niczego nie znaleźli i po jakiś 10 min oddano mi bilet i paszport. Mogłam wracać do Mikołaja :) Pozostało nam czekać na odlot ❤


Lot przebiegał super wygodnie, podano jedzenie - bardzo mi smakowało! Nigdy nie zrozumiem osób, które mówią, że jedzenie w samolotach jest słabe. W tabletach zainstalowanych w zagłówkach było wszystko czego mogłam sobie zapragnąć! Filmy fabularne i dokumentalne, seriale, gry. Obejrzałam "To właśnie miłość", koncert Katy Pery i Titanica. Mogłam poćwiczyć angielski, bo nie było polskich napisów i trzeba było oglądać w oryginale! 





Pod koniec lotu stewardessa wręczyła nam formularz I-94, który należy wypełnić (więcej na ten temat napiszę w oddzielnym poście). W skrócie jest to druk na którym znajdują się podstawowe dane osoby przekraczającej granice z USA: imię i nazwisko, data urodzenia, numer paszportu, numer lotu którym osoba przyleciała do USA oraz dokładny adres miejsca w którym będzie przebywać w czasie pobytu w USA. Formularz należy przekazać później pracownikowi emigracyjnemu na lotnisku.

Nie zmrużyłam nawet oka. Byłam bardzo podekscytowana! W końcu, po prawie 10 godzinach lotu wylądowaliśmy w Chicago na lotnisku O'Hare. 

Przeszliśmy przez pierwsze bramki i podążaliśmy za znakami, które miały zaprowadzić nas do okienka dla wiz nieimigracyjnych. Ustawiliśmy się w kolejce i obserwowaliśmy innych ludzi, którzy podchodzili do stanowisk, żeby przynajmniej trochę wiedzieć, jak wygląda procedura nadania właściwej wizy (informacje o tym jak ubiegać się w wizę w Polsce znajdziecie tu -> składanie wniosku o wizę, spotkanie w konsulacie). Po raz kolejny miałam stresa, bardzo podobnego do tego, który towarzyszył mi podczas wizyty w Ambasadzie USA w Warszawie. Ileż to ja się nasłuchałam i naczytałam, że mogą Cię nie wpuścić do USA. Ba, nawet Chodakowska miała ostatnio taką akcję, poleciała do USA i okazało się, że ma złą wizę i musiała wracać! No więc, stres był ogromy, ale jak się okazało później - zupełnie niepotrzebny. Po pierwsze do tego stanowiska przy którym siedzi pracownik lotniska możecie podejść razem. Kamień z serca. Podeszliśmy i bardzo miła pani poprosiła o paszporty. Następnie każdemu z osobna wykonała zdjęcie i pobrała odciski palców. Zapytała po co przylecieliśmy i na ile zostajemy. Pytała czy to nasz pierwszy raz w USA. Spokojnie odpowiadaliśmy na pytania. Była miła, nawet w żartach zapytała czy pierścionek, który mam na palcu jest zaręczynowy :) Nie był, więc my również odpowiedzieliśmy pół żartem pół serio i w miłej atmosferze zakończyliśmy rozmowę. Pani wręczyła nam paszporty z "wbitymi" wizami turystycznymi na 6 miesięcy. Mogliśmy zatem opuszczać lotnisko. N A R E S Z C I E! 

❤❤❤ W I T A J     A M E R Y K O! ❤❤❤

Pierwsza przygoda w Chicago zaczęła się od wyjścia z lotniska. Rozglądaliśmy się w którą stronę iść na postój taksówek. Nie zdążyliśmy przejść kliku metrów jak zaczepił nas miły pan pytając czy szukamy taksówki. Byliśmy zmęczeni, nie mieliśmy siły się zastanawiać. Wsiedliśmy do taksówki, którą nam zaproponował. Jechaliśmy ok. 17 mil (28 km) do Downtown Chicago do hotelu Sheraton. W samochodzie taksówkarz nas zagadywał, był miły. Droga do hotelu zajęła jakieś 40 min. Dojechaliśmy pod hotel, kierowca poinformował nas, że koszt przejazdu to 120 $. Wiedziałam, że w Stanach ma być drogo, pomyślałam, że trudno to będzie nasza najdroższa taksówka w życiu, ale byłam taka zmęczona i podekscytowana tym co nas czeka podczas podróży, że do głowy mi nie przyszło, że coś jest nie tak. Zapłaciliśmy, wyszliśmy z taksówki, pan bardzo szybko wypakował nasze bagaże z bagażnika i dał rachunek. W tym czasie zadzwoniła do nas ciocia Mikołaja, z którą mieliśmy się spotkać w tym hotelu. Mikołaj powiedział jej, że za taksówkę wyszło 120 $! Kazała nam zatrzymać taksówkarza, ale niestety nam zwiał. Wybiegła do nas i powiedziała, że ten przejazd powinien kosztować 40 $! Pomyśleliśmy, że zadzwonimy do korporacji i zgłosimy, że zostaliśmy naciągnięci. Patrzymy na paragon, bo był złożony na pół a to - UWAGA - PUSTA KARTKA! Tak, zostaliśmy wykiwani przez "życzliwego" taksówkarza. Witaj Ameryko! 

Przyznam szczerze, że nie miałam nawet siły wkurzać na sytuację z taksówką. Marzyłam tylko o prysznicu i położeniu się na chwilę na łóżko. A no i jeszcze byłam strasznie głodna. Mój organizm doznał pierwszego szoku w związku z jetlagiem. Wstaliśmy o 4 rano, byliśmy w podróży kilkanaście godzin, powinno być już ciemno i powinnam iść spać, a w Chicago dzień w pełni, słońce świeci i jest godzina 14. Myśli o spaniu zeszły na drugi plan jak zobaczyłam widok z okna w naszym pokoju. Stwierdziłam, że nie ma opcji, nie będę tracić czasu i idziemy na miasto. Zresztą oceńcie sami :) 


W tle jezioro Michigan :)

Hotel Sheraton Grand Chicago (www.sheratonchicago.com) w którym nocowaliśmy był ogromny. Z zewnątrz robił imponujące wrażenie. Zatrzymaliśmy się w nim ze względu na ciocię Mikołaja, która miała tam właśnie służbową konferencję. Pokój był bardzo przytulny, a łóżko bardzo wygodne. Chociaż w sumie byłam już tak zmęczona, że pewnie na podłodze też byłoby mi wygodnie... :)



Z hotelu mieliśmy bardzo blisko głównej ulicy Michigan Avenue, więc nie było nad czym się zastanawiać, poszliśmy na spacer :) Nie mogłam się nadziwić pięknością tego miasta. Ogromne budynki aż do nieba, bardzo czyste ulice. Czułam się wręcz jak na planie amerykańskiego filmu. 






Od pierwszych minut poczułam, że kocham to miasto. Za wszystko. Nie potrafię opisać tego słowami. A najpiękniejsze miało dopiero nadejść. Chicago nocą... Spacerując i zachwycając się wszystkim wokół praktycznie zapomniałam, że jestem głodna jak wilk.  Standardowo wybraliśmy włoską restaurację. Sprawdzona i smaczna kuchnia, na amerykańskie steki przyjdzie jeszcze czas. Trafiliśmy na restaurację Tre Soldi (www.tresoldichicago.com), która jest w bocznej uliczce obok Michigan Avenue. Najedliśmy się po kokardki :) Można było iść dalej. Przeszliśmy do końca ulicy zaliczając po drodze kilka znanych sklepów. Weszliśmy do Victoria's Secret, Ralph Lauren, Tiffany&Co.. Nie mogłam się nacieszyć tym co widzę dookoła. Zaczęło się ściemniać. I dopiero wtedy tak naprawdę zakochałam się bezwarunkowo w Chicago. Ale co ja tam będę Wam pisać, zobaczcie to sami: 









Chodziliśmy bardzo długo. Przyszła pora na kolację z Mikołaja ciocią. Wybraliśmy się do Texas de Brazil (www.texasdebrazil.com). Kolacja była przepyszna! Było mnóstwo jedzenia do wyboru, każdy znalazł coś dla siebie. Dawno nie widzieliśmy się z ciocią, więc rozmawiać moglibyśmy do rana. Koło 22 zaczęło nas ogarniać zmęczenie. z którym nie szło już wygrać. Wróciliśmy do hotelu i po prawie 26 godzinach na nogach poszliśmy spać. 

Następnego dnia obudziliśmy się koło 9. Jetlag dawał się we znaki, ale po raz kolejny uznaliśmy, że szkoda nam czasu na spanie. Zebraliśmy się i poszliśmy na śniadanie i kawę do Starbucksa. Czymże by były wakacje w USA bez wizyty w tej sieciówce? 

Po śniadaniu wsiedliśmy do metra, bo kolejnym punktem do odwiedzenia na ten dzień było odwiedzenie Willis Tower.




Willis Tower jest to wieżowiec w centrum Chicago, poprzednio nazywany Sears Tower, który ma 108 pięter i 442,3 metry wysokości, co czyni go najwyższym budynkiem w Ameryce Północnej do linii dachu. Z ciekawostek Willis Tower pod względem wysokości jest:

Tallest Buildings new.PNG
  • 1 w Chicago,
  • 2 w Stanach Zjednoczonych,
  • 2 na świecie pod względem wielkości do szczytu anten (wśród wieżowców wybudowanych),
  • 3 na świecie wśród wybudowanych wieżowców pod względem oficjalnego kryterium pomiaru.


To już wiecie po co wybraliśmy się, żeby go zobaczyć! :) Zobaczyć go to jedno, wjechać na górę na taras widokowy zwany SkyDesk, mieszczący się na 103 piętrze to był nasz główny cel. Bilet dla jednej osoby to koszt 22 $. Sporo, ale widok z takiej wysokości na całe Chicago jest na pewno tego warty. Szybko jednak nasz plan został zweryfikowany i musieliśmy odpuścić. Kolejka do wjazdu na górę była na 3 godziny stania :( Szkoda, ale czekając w tej kolejce musielibyśmy odpuścić sobie coś innego. Najwyższy budynek, jaki w życiu do tej pory widziałam pozostało mi uwiecznić na zdjęciach z dołu.







Potem przyszedł czas na spacer po Chicago. Największe wrażenie zrobiły na mnie schody przeciwpożarowe, które znajdują się na prawie wszystkich budynkach mieszkalnych. Zawsze widziałam coś takiego w filmach. Z jednej strony kojarzą mi się z romantycznymi chwilami, kiedy to ukochany zakrada się w nocy i wchodzi przez okno, a z drugiej niestety miałam przed oczami sceny z horrorów... Brrr, chyba jednak wolę nasze europejskie standardy :) 




Spacerem chcieliśmy dojść do oceanarium Aquarium Shedd. Był to kawałek drogi, ale spacer jest według mnie najlepszym sposobem na poznawanie i podziwianie miasta. Chicago z każdym moim krokiem mnie powalało na kolana. Jest po prostu pięknym miastem! ❤ I będę to powtarzać jak mantrę! ❤













Dotarliśmy do Aquarium Shedd (www.sheddaquarium.org), a tam co? Kolejka! Kolejka na przynajmniej 1,5 - 2 godziny stania. Ja jednak nie byłam w stanie odpuścić tej atrakcji. Bardzo chciałam zobaczyć białouchę arktyczną, powszechnie nazywaną belugą. Tak więc staliśmy w tej kolejce, żeby dostać się do środka. W między czasie zjedliśmy popularnego "chicago hot-dog style". Niby nic takiego, ale N I E B O   W  G Ę B I E!



W końcu udało nam się wejść do środka. Bilet dla osoby dorosłej to koszt 39,95$ (ponad 150 zł)!!! Chyba pisałam Wam już kiedyś, że tak, w USA jest drogo!  Wracając do samego oceanarium to wyglądem nie różni się niczym w zasadzie od pozostałych, które widziałam, m.in. w Barcelonie, czy największe w Europie oceanarium w Lizbonie. Ale dla belugi warto się do niego wybrać. Przede wszystkim nie mają jednej belugi (tak jak w warszawskich zoo mamy jednego rekina!) tylko całą wesołą gromadkę. Belugi rozmnażają się w oceanarium, więc możecie zobaczyć samicę z młodymi. Ba! Można je podziwiać z góry, czyli zobaczycie się wynurzają i jak wyrzucają powietrze przez otwór nosowy na czubku głowy. Mi natomiast bardzo podobało się zejście na dno basenu w którym pływają i to, że mogłam podziwiać ich zabawy pod wodą. Nie nurkowałam! Basen jest przeszklony :) 




W oceanarium możecie zobaczyć pokaz z delfinami w roli głównej lub wykupić sobie opcję "extraordinary experiences" (więcej infomarcji -> tu), czyli karmienie rekinów, pływanie z belugami lub poznanie pingwina, wszystko oczywiście za dodatkową (sporą!) opłatą. Kusiło mnie pływanie z belugą, ale taka przyjemność kosztowała 250$, więc może innym razem :) Zdecydowanie innym razem!

Dzień powoli się kończył, więc wybraliśmy się jeszcze na spacer wzdłuż jeziora Michigan. Mogliśmy podziwiać widok na Downtown Chicago. ❤



Niestety musieliśmy już wracać do hotelu, bo już wieczorem ruszaliśmy dalej. Następny przystanek -> Milwaukee w stanie Wisconsin! :))